Dla niepowtarzalnej wariatki, która zawsze dodaje mi wiary w siebie, wspiera przy pisaniu, a na dodatek daje niezwykłe wspomnienia z rolko-spacerków. Dziękuję, Aniu.
Przytomność na pewno odzyskałam w szpitalu. Charakterystyczny zapach tego miejsca rozpoznałabym nawet na wpół umierająca. Nie znosiłam go.
Otworzyłam oczy. Nad moją głową znajdowały się dwie oślepiające lampy, więc początkowo ujrzałam tylko wielką, czarną plamę. Po chwili udało mi się rozróżnić kontury dwóch osób, które nade mną stały. Była to dwójka lekarzy. Jeden z nich, starszy mężczyzna z wąsem na twarzy, w niektórych miejscach lekko przyprószonym siwizną od razu wziął do ręki latarkę i zaświecił mi nią po oczach. Nie wiedziałam, po co się to wykonuje, ale nie protestowałam. Lekarz burknął coś do swojej towarzyszki i oboje wyszli.
Przyszła natomiast wysoka kobieta o długich, falowanych, ciemnobrązowych włosach i dużych, brązowych oczach, pomalowana ciemnym cieniem do powiek i jasnoróżowym błyszczykiem. Nie nosiła kitla tylko czarną, sztruksową kurtkę, pod nią ciemnozieloną koszulkę, a oprócz tego jasnoniebieskie dżinsy. Nie mogła mieć więcej jak trzydzieści lat. Uśmiechnęła się do mnie i wzięła krzesło znajdujące się obok stolika pod ścianą, postawiła je obok mojego łóżka i usiadła na nim.
- Cześć- powiedziała, spoglądając na kartki, które miała włożone do teczki, trzymanej przez nią na kolanach- Nazywam się Marta Gwinecka, jestem psychologiem.
- Dzień dobry- odpowiedziałam słabym głosem. Mimo tego, że dopiero się ocknęłam czułam się bardziej zmęczona niż po nieprzespanej nocy.
- Magda, masz szesnaście lat, jesteś prawie dorosła… Jestem pewna, że wiesz co się wokół ciebie dzieje i rozumiesz to… W związku z tym, będę cię traktowała jak dorosłą osobę, dobrze?
- Tak, dobrze…
- Wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale te informacje są nam naprawdę, bardzo potrzebne… Możesz mi powiedzieć, co się stało wczorajszego wieczora?
- Nie pamiętam zbyt wiele…
- Nie szkodzi, powiedz co pamiętasz.
- Pamiętam jak biegłam, uciekałam… Czułam, że nie mogę się zatrzymać, nie mogę zawrócić do domu… To od niego uciekałam… Ale… Nie pamiętam, jak z niego wyszłam ani dlaczego… Wiem, że potem zobaczyłam ten domek… On mnie przyciągał, wołał do siebie… Zapukałam i zrobiło mi się słabo… Słyszałam tylko głos jakiegoś mężczyzny… A potem już byłam tutaj…
- Rozumiem… Wiesz może, do kogo należał głos?
Pokręciłam przecząco głową. Nie wiedziałam, chociaż to było tak jak z domem – nie pamiętałam go, ale wydawał się znajomy. Jednak ludzie mają podobne głosy, wcale nie musiał to być ktoś, kogo znałam. Równie dobrze mogłam słyszeć go na ulicy, w autobusie, w tramwaju, nawet w radiu.
- No dobrze…- pani psycholog westchnęła i zanotowała coś, po czym ponownie na mnie spojrzała- Powiedz mi coś o swojej rodzinie. Jakie były stosunki między tobą a nimi?
- Z mamą układało mi się w miarę dobrze… Wiadomo, czasem się posprzeczałyśmy… Ogólnie nie było źle… Dużo pracowała, więc raczej rzadko można było spędzić z nią więcej czasu… Kasia natomiast była dla mnie nie tylko młodszą siostrą, ale i najlepszą przyjaciółką. Mogłam z nią porozmawiać o wszystkim. Często prosiła mnie o pomoc w zadaniach domowych, ale w sumie to mi to nie przeszkadzało, chyba że gdy miałam dużo pracy, rozumie pani…
- Tak, jasne… A Zbigniew Barczyk?
Pierwsze uczucie, które wywołały u mnie te słowa to obrzydzenie. Nienawidziłam tego człowieka jak tylko daleko sięga moja pamięć. Sam jego widok każdego rana, od dziesięciu lat budził we mnie wstręt. O nic nie imałam do matki takich pretensji jak o niego – o to, że się z nim związała, że kazała mi żyć z nim pod jednym dachem i że rozchodząc się z moim ojcem tak uparcie trzymała mnie przy sobie, bo on mnie nie chciał.
- Magda, wszystko w porządku?- spytała psycholog, wpatrując się we mnie. Zauważyłam, że mimowolnie zacisnęłam zęby, a także ręce w pięści.
- Tak, oczywiście… Po prostu jest to najgorszy człowiek jakiego kiedykolwiek znałam…
- Możesz mi powiedzieć coś więcej?
- Mama zostawiła dla niego mojego ojca i wzięła mnie ze sobą… Barczyk od zawsze dawał mi do zrozumienia, że mnie nie chciał… W najlepszym wypadku mnie wyzywał, w najgorszym groził, że mnie zabije…
- Jak często się tak zachowywał?
- Codziennie…
Psycholog zaczęła notować coś w swoich notatkach, tymczasem ja westchnęłam i spojrzałam w okno. Nie było mi łatwo o tym mówić, zawsze bałam się cokolwiek powiedzieć – nawet teraz czułam strach, choć jednocześnie czułam się lepiej, że wreszcie to z siebie wyrzuciłam. Nie miałam pojęcia czym to poskutkuje, ale w moim sercu pojawiła się nadzieja, że pozbędę się Barczyka ze swojego życia i to dodawało mi odwagi.
- A co na to wszystko twój ojciec?
- Nic, nie widziałam go od kiedy mama od niego odeszła. Właściwie, to go nie pamiętam… Wiem tylko, że nazywa się Michał Karnasiewicz, bo w szkole musiałam podawać jego nazwisko. Mama nic o nim nie mówiła.
- A wiesz, co jest na ulicy Szklanej 3?
- Nie…- odpowiedziałam, ale zaraz się zawahałam. Szklana była ostatnią ulicą po której biegłam, ale czy dobiegłam aż pod trójkę? Przecież to długa ulica, a ja dotarłam do niej z innego końca niż ten, na którym był numer trzy.- A czemu pani o to pyta?
- Pytam, bo…- psycholog zawahała się na chwilę, patrząc na mnie- Bo prawda jest taka, że człowiek który ci pomógł to twój ojciec… Sprowadził się niedawno do miasta.
- To… To niemożliwe!- zawołałam, patrząc na twarz towarzyszki. Ta tylko wzruszyła ramionami w geście mówiącym: „A jednak”.
Nie mogłam w to uwierzyć. Człowiek, o którego pojawieniu się marzyłam od wielu lat, chcąc aby zabrał mnie od tego wszystkiego, wkroczył w moje życie w tak nieoczekiwanym momencie. Co nos myślałam, jak wspaniale by było gdy by przybył, zabrał mnie od Barczyka i zmienił moje życie na normalne, tymczasem on pojawił się teraz, gdy właściwie sama już się tego wszystkiego pozbyłam… Może właśnie taki miał zamiar, zabrać mnie, gdy nadarzyła się taka okazja?
- Magda, on jest tutaj, w szpitalu. Stoi za drzwiami i chciałby cię odwiedzić… Powiedział jednak, że jeśli ty nie chcesz, to…
- Niech wejdzie- przerwałam pani psycholog w połowie zdania, czując jak moje serce zaczyna szybciej bić.
Poznam ojca – była to pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie, powodując falę ekscytacji i napływ tysiąca innych myśli. Jak wyglądał? Czy byłam do niego podobna? Raczej tak, po mamie miałam tylko niebieskie oczy. Czy miał zamiar spełnić moje marzenia i wziąć mnie do siebie? A może tylko uznał za obowiązek przyjście do mnie, skoro już się na niego, tak przypadkowo, natknęłam? Czy ma nową rodzinę – żonę, dzieci? Czy oni o mnie wiedzą?
Nie zauważyłam nawet kiedy Marta Gwinecka zdążyła wyjść, a już w drzwiach stanął on. Był to wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, mający maksymalnie trzydzieści pięć lat. Obok lewego oka miał podłużną, lekko ukośną bliznę, ciągnącą się od brwi, przez policzek aż do nosa, taką samą jaki ja miałam jaśniejszy od koloru skóry ślad, dokładnie w tym samym miejscu. Ubrany był w jasnoniebieską, lekko młodzieżową koszulę i czarne dżinsy. W rękach trzymał różowo-białą różę.
- Proszę, to dla ciebie.- podszedł do mojego łóżka i położył kwiat na kołdrze, tuż obok mjej dłoni, po czym od razu się cofnął, stając naprzeciwko mnie.
- Dziękuję…- wyjąkałam, wpatrując się w niego tak, jakbym pierwszy raz w życiu widziała człowieka.
- Bez przesady, to nic takiego… Jednym głupim kwiatkiem nie wynagrodzę ci dwunastu lat życia, w których mnie nie było, a kiedy ty mnie potrzebowałaś…
Spojrzałam na niego zdziwiona. Czy on przez te wszystkie lata o wszystkim wiedział i nie zrobił całkowicie nic?! Czy mógłby zrobić mi coś takiego?! Tymczasem jakby udało mu się odczytać moje myśli, odpowiedział na pytanie, które się w nich pojawiło.
- Słyszałem twoją rozmowę z psychologiem… Szczerze, to nie wiem co powiedziała ci mama o mnie, ale…
- Ona nic mi nie mówiła. Byłeś w domu tematem tabu.- przerwałam mu- Co nie znaczy, że ty nie możesz mi wytłumaczyć tego, co miała mi powiedzieć mama.
Westchnął i zamyślił się, zastanawiając się zapewne od czego zacząć. Stał przez chwilę bezczynnie, a ja wpatrywałam się w niego ciekawa tego, co miałam usłyszeć.
- Chyba najlepiej będzie, jak zacznę od samego początku…- spojrzał na mnie i zamilknął na chwilę, a ja kiwnęłam głową, dając znak, że się zgadzam z jego słowami- Gdy się urodziłaś, oboje z mamą byliśmy naprawdę szczęśliwi… Jednak wszystko zaczęło się psuć trzy lata po twoich narodzinach… Zacząłem wtedy pracę w pewnej firmie… Miałem szansę na lepszą posadę, więc musiałem bardzo się starać, a przez to spędzałam w pracy bardzo dużo czasu, więcej niż bym chciał… Nie odpowiadało to twojej mamie i patrząc z perspektywy czasu, wcale jej się nie dziwię… W końcu mieliśmy małe dziecko, planowaliśmy drugie… Często się kłóciliśmy o moją pracę… Wtedy, jakby znikąd pojawił się Barczyk… Nie wiem dokładnie jak to się stało, że zaczęło go łączyć z Renatą, znaczy z twoją mamą coś więcej… Oczywiście, nie był taki jakim ty go znałaś… Jeszcze nie… A może po prostu zachowywał się jak porządny człowiek, aby zdobyć względy twojej matki… Ja poznałem się na nim, gdy odkryłem cały ich romans… Odbył wtedy ze mną rozmowę, że jeśli nie pozwolę Renacie na rozwód i nie zmuszę jej do tego, abyś została ze mną, to policzy się ze mną…
W tym momencie do Sali weszła ta sama lekarka, którą widziałam tuż po przebudzeniu się.
- Przepraszam, ale pacjentka musi odpoczywać, aby odzyskać pełnię sił… Proszę przyjść jutro…
- Dobrze, już zaraz wychodzę…- lekarka skinęła tylko głową i poszła- No trudno, nie opowiem ci dzisiaj wszystkiego… Ale obiecuję, że przyjdę jutro i wszystko ci powiem…
- I odpowiesz na inne moje pytania…
- Co?- spojrzał na mnie zdziwiony. Chyba nie spodziewał się, że cokolwiek powiem.- A tak, jasne… Jestem pewien, że jest ich sporo, ale postaram się na wszystkie odpowiedzieć. W teraz idź spać, odpocznij, przyda ci się odpoczynek. Na razie.- powiedział i wyszedł, zostawiając mnie samą w sali.
Spojrzałam na zegarek, stojący na szafce przy łóżku – była dopiero szósta wieczorem, a ja nie dość, że dopiero odzyskałam przytomność, to już chciałam położyć się spać. Tak też zrobiłam. Odwróciłam się tyłem do okna i już wkrótce usnęłam.
Nastrój:
tagi: